Coś jeszcze… lub też nic

Opowieść już się skończyła – najdziwniejsza bajka z najdziwniejszych – gorzko-słodka, powolna wciągająca nie kończąca się i senna – potem już tylko robaczki na czarnym ekranie przesuwającym uporządkowane w zielone ordynki  pionowe twory, zasysane równomiernie na równie bajkowej fonii uciekającego także do góry śpiewu – niespiesznego nie żądającego nie narzucającego się nie domagającego się zrozumienia   – nie łudź się że robaczki cokolwiek wyjaśnią – pozostawią tylko wspomnienie niezliczonych, znów  równomiernie płynących istnień, nieodgadnionych i uformowanych z równie nieodgadnionych literek w sobie tylko zrozumiałym porządku po obu stronach nawijającej się między dwiema kolumnami absolutnie czarnej pustki i tylko kilka czerwono rozbłyskujących  sygnałów niepokoju  – może zakłócenia – jak wszystko wessanych w  nieustanny karny ruch do góry.

Reklamy

Nie zwracajcie uwagi

Nareszcie mógł wysiąść. Lewa noga zupełnie mu ścierpła –  stał na niej ponad połowę drogi; prawa wisiała nad stopniem i nie miał możliwości ich zmienić.  W dodatku, żeby nie stracić równowagi musiał trochę się przekręcić i jedną rękę cały czas wgniatała mu w żebra czyjaś twarda teczka, głowę zaś odpychał w prawo kurczowo uczepiony uchwytu potężny  łokieć.

Od dziesięciu minut miał serdecznie dość – zastanawiał się nawet, czy nie wysiąść, ale było to niemożliwe. Kiedy wreszcie autobus szarpnął i drzwi się otworzyły, dwaj pierwsi mężczyźni polecieli bezwładnie przed siebie. Od upadku uchronili ich tylko oczekujący na przystanku.

On sam, broniąc się rozpaczliwie przed chlapnięciem na chodnik, trzasnął twardo o coś ręką. Już miał się obejrzeć, aby zobaczyć, co to było, gdy ostry krzyk uzmysłowił mu, że uderzył w twarz młodej kobiety stojącej naprzeciw wyjścia. Z obrzydzeniem do samego siebie oddalił się pospiesznie, obciągając marynarkę i odruchowo licząc guziki.

Co właściwie mógł zrobić? Przepraszać, tłumaczyć się? Niczemu nie był winien, a jednak… Niemal widział nabrzmiewające czerwone miejsce pod jej okiem; dłonią czuł jeszcze twardość kości, o którą zawadził. Uświadomił sobie całą nienawiść tej kobiety i przyspieszył kroku.

Dopiero gdy nieprzyjemne uczucie trochę zelżało, dotarło do niego co innego. Odczuwał to bardzo intensywnie przez ostatnie minuty, lecz mocne wrażenia wysiadania zepchnęły wszystko inne na pobocza świadomości. Dobrze znany dotkliwy ból w przemacerowanym przez ścisk ciele. Tym razem jednak nie towarzyszyła mu ulga, lecz dojmująca przykrość.

Zwolnił machinalnie i stawiając  kolejne kroki zrozumiał. Dokładnie w takiej  pozycji jak w autobusie  – skręcony, z łokciem przywartym do tułowia i głową w półobrocie, podtrzymując w górze prawą nogę podskakiwał żałośnie na lewej. Napotkał spojrzenie starszej kobiety i kątem oka zarejestrował, jak zdziwiona ogląda się za  nim ze współczuciem.

Nie miał czasu na obserwacje. Musiał jak najszybciej doprowadzić się do normalnego wyglądu. Kiedy szamocząc się bezradnie usiłował odkręcić tułów lub bodaj opuścić bezsensownie uniesioną nad nieistniejącym stopniem kończynę, dobiegły go jakieś głosy. Usłyszane słowa i nastrój, jaki odebrał szóstym zmysłem, kazały mu przerwać  daremne uprawianie  gimnastycznych ćwiczeń i rozejrzeć się.

Dziwaczny ruch i oczy. Oczy całego placu wytrzeszczone na grupkę tak samo zniekształconych i powykręcanych jak on. Poznał kilka osób, które jechały razem z nim. Osłupiała ulica, szepcząc i trącając się łokciami obserwowała ofiary tłoku.

Szybko jednak przestali być obiektem jej zainteresowania. Do przystanku co chwilę podjeżdżały zapchane do niemożliwości wozy i wypluwały kolejne pokraki, bezskutecznie usiłujące odzyskać ludzki wygląd. Ulica zamilkła wreszcie i normalni,  zdetonowani nieco i zachwiani w swej pewności, rozłazili się niezdecydowanie lub  odjeżdżali. Autobusami. (dopełnienie nastąpi we właściwym miejscu oraz czasie)

Nareszcie

Jest już chyba rozbudzony –  że jednak sen niewiele pomógł na jego wieczne zmęczenie, nie chce mu się otwierać oczu.  Przymrużone lekko powieki ujawniają niedaleką sylwetkę maleńkiej kobiety w długiej, ciemnej sukni. Uniesienie prawej ręki wyraża niepewność, stanowiąc jednocześnie jakąś prośbę czy też przyzywanie.

W ułamku sekundy twarz  kobiety zamazuje się, zostawiając tylko obramowanie rozsypanych nieco za ramiona blond włosów. Po chwili jednak obraz powraca i ukazuje wyraz spłoszenia w delikatnych rysach. Ocenia ją na trzydzieści pięć i wreszcie otwiera szeroko oczy.

Kobieta znika, a w miejscu wizji stoi na półce czarny dzbanuszek z pękiem długopisów. Mężczyzna przeciera oczy i wstaje z westchnieniem. Ponownie spogląda na dzbanuszek i wzrusza ramionami.(dopełnienie nastąpi we właściwym miejscu oraz czasie).

Nareszcie 2

Dzień ustawia wszystko w koleinach codzienności, wieczorem jednak, całkiem przypadkowo  pojawia się poranne złudzenie. Dni układają się w tygodnie, aż wreszcie daje się wciągnąć w cichą grę.  Powoli przejmuje całkowicie inicjatywę i niecierpliwie dąży do codziennych powtórek.

Stopniowo przestaje dbać o siebie. Pracę odbębnia byle zbyć. Pod wieczór goni do domu, by po pospiesznym zjedzeniu tego co pod ręką położyć się  i wpatrywać przymrużonymi oczami w dzbanuszek naprzeciw.

Stopniowo traci rachubę czasu i nie wie nawet, kiedy przestał chodzić do pracy;  rychło też samo wychodzenie z domu przestało mieć jakikolwiek sens. Żywi się już tylko resztkami – dziwne, ile różnych produktów człowiek gromadzi. Nieubłagana logika bytowania sprawia jednak, że któregoś dnia on też nic nie ma.

Milczący od jakiegoś czasu telefon jest  chyba wyłączony. On sam już nie wstaje. Ostatkiem sił wpatruje się w kobietę i widzi jak uśmiech rozświetla jej twarz, a zalany blaskiem pokój ukazuje uniesioną wysoko rękę w nie znoszącym sprzeciwu geście.

WYPOCZYNEK

Niesympatyczny przedział zapowiada osiem godzin jazdy w sztywnej atmosferze i nienaturalnej ciszy. Ludzie siedzą obok siebie, niemal stykają się kolanami, patrzą na siebie cały czas – bo co właściwie mają począć z oczami –  i milczą. Całymi godzinami. Cisza staje się coraz bardziej dokuczliwa i namacalna, a ludzie coraz sztywniejsi. Wystarczy na tych tu spojrzeć, żeby to wszystko, całe godziny udręki zobaczyć jak na dłoni.

Facet przy drzwiach – to brzuszysko właśnie przy drzwiach! Pewnie w innym  towarzystwie chętnie by sobie pogadał – pytanie tylko, czy okazałby się ględzącym ramolem, czy też uroczym gawędziarzem.  Trudno wyczuć, ale raczej żadnej innej możliwości. Szara zmięta istota naprzeciw kiedyś była kobietą, czego najlepszym dowodem siedząca obok , podobna do niej córka. Dziewczyna ma około dwudziestki, jest nawet niebrzydka, ale od pierwszego spojrzenia widać w niej kandydatkę na modelowy egzemplarz prowincjonalnej starej panny. Młody człowiek  z obrączką na palcu to właściwie biała karta. Potrzebny byłby inny zestaw pasażerów, aby go rozgryźć. I jeszcze dziewczyna pod oknem. Młodość i dość dobra figura przykryte małomiasteczkową schludnością, uważaną zapewne w jej środowisku za jedynie godną porządnej młodej panienki elegancję.  Wszystko to już ją postarza i razem z pewnymi skłonnościami pozwala zobaczyć w miłej poniekąd osóbce brzuchate, cycaste babsko, gdy wraz z brzuchatym mężem będzie obrastało w dzieci, meble i inne doczesne dobra. Ze będzie obrastała, nie ma najmniejszej wątpliwości – już teraz jest przezorna i oszczędna.  Pokryte tanim złotem pulchne paluszki nie wyciągają się po roznoszone przez kelnera szklanki – z plecionego koszyka wystaje  przygotowana przed podróżą butelka z herbatą. Nie ma miejsca na żadne fanaberie. Makijaż jest zapewne  taki jak u mamy do kościoła: usta pociągnięte tanią szminką. Oczy „z wody” – nadanie im jakiegoś wyrazu to rozpusta i symbol zepsucia wielkiego miasta. Ta to już na pewno – poza „przepraszam” i „dziękuję” w razie absolutnej konieczności –  nie powie żadnego słowa.

Pół godziny jazdy i kaloryfery zaczynają nieźle grzać. Robi się coraz cieplej; wszyscy zgodnie purpurowieją, ale nikt nie ma chęci przełamać ciszy. Wreszcie zdesperowana mamuśka prosi przybyłego w międzyczasie nowego pasażera o przełączenie grzania na średnie. Młodzian z niejakim zdziwieniem  spełnia tę prośbę, choć zarówno jego wygląd jak  maniery oraz bateria butelek z piwem niedwuznacznie wskazują, że nie jest  przyzwyczajony do świadczenia usług komukolwiek, a zwłaszcza takim starym klępom.

Nowo przybyłego atmosfera przedziału obchodzi najmniej; w miarę opróżniania butelek twarz jego nabiera wyrazu szczególnego rozanielenia, oczy stają  się coraz mętniejsze i coraz częściej musi wychodzić. Mamusię ciepełko i rozwiązywana krzyżówka usypiają stopniowo, aż wreszcie daje za wygraną, wtula zwiędłą twarz w palto i zasypia. Piwo robi swoje i chłopak odpływa. Znudzony starszy pan zasypia niestety też, bowiem we śnie  traci swoje wychowanie i usiłuje zająć dwa miejsca.

Byle jakoś wytrzymać. Do upragnionego wypoczynku już niedaleko. A jeśli będzie wyglądał tak jak ta podróż? W sąsiednich przedziałach i na korytarzu szaleją dzieci. łomot kół i krzyki to naprawdę za dużo dla wymęczonego człowieka, a czas jest nieubłagany i każda godzina trwa aż godzinę. Byle tylko dojechać!

Po kilku godzinach wysiada panienka spod okna, na następnej stacji mamusia z córką, młody człowiek  zdegustowany przesiada  się  do przedziału, gdzie siedzi jego kolega i najwyraźniej tam też się przeludniło. Chłopak pod oknem przerywa drzemkę tylko po to, aby obciągnąć kolejną butelkę piwa i wyjść. Cisza jest już mniej drażniąca, a starszy pan ma wreszcie dla siebie tyle miejsca, ile naprawdę potrzebuje. Przez przedział przewijają się przypadkowe, jadące od stacji do stacji osoby, zmęczone i niechętnie dopłacające nachalnemu konduktorowi za miejscówkę, której cena przekracza często koszt biletu. (dopełnienie nastąpi w odpowiednim miejscu oraz czasie)

Wypoczynek 2

Zelżenie atmosfery w przedziale  budzi nadzieję. Może nie będzie źle, może ten wyjazd ma jednak jakiś sens…Wprawdzie coraz gęściej padający za oknami śnieg ożywia niemiłe skojarzenia, ale jutro przecież nie musi być tak samo,  a w ogóle dni  jeszcze sporo. Nie jutro to pojutrze pokaże się słońce, stopnieje śnieg i wyschnie pośniegowe błoto. Może nawet nie trzeba będzie tak ciepło się ubierać? Dlaczego właściwie miałoby być  źle? Jeśli nawet będzie zimno, to też żadna tragedia. Porządne buty, swetry, skórzana kurtka, ciepłe rękawiczki i też można łazić. Okolica jest piękna, jedzenie pod nos postawią, w pokoju będzie ciepło i w ogóle o nic nie trzeba się troszczyć.
Nawet przy złej pogodzie warunki do wypoczynku będą i należy to wykorzystać. Dojść do zdrowia na ile się tylko da; spać, jeść, chodzić, przyzwyczajać się do życia i koniecznie poprawić równowagę (dwa tygodnie na to wszystko to dużo czy mało?).

Na poprawę równowagi doskonałe będą te górki. Początki zawsze są niezbyt miłe, ale to najlepsza naturalna rehabilitacja. Żadna gimnastyka nie da tyle, co  przymusowe łażenie. Tylko przerażające jest to, że od stacji do domu są dwa kilometry trudnego dojścia, ale jakieś taksówki w tej dziurze chyba są. Przecież to miasto, no i miejscowość wczasowa. A zresztą inni są w tej samej sytuacji. Jakoś będzie – jeszcze tylko dojazd autobusem. Najgorsze, że już się ściemnia.
Nareszcie koniec jazdy – pociąg nie spóźnił się nawet o minutę. Walący w twarz mokry śnieg wcale nie jest przyjemny, a walizka też nie taka lekka, jak wydawało się rano. Dobrze, że chociaż do autobusu niedaleko i że to pętla, więc tłoku nie będzie.
Dlaczego ci ludzie tak się pchają, przecież miejsc jest więcej niż ich! Wszędzie to samo. Niechby już ruszył, żeby jak najszybciej być na miejscu. Włosy mokre, rękawiczki mokre i strasznie zimno w tym autobusie.
Pół godziny jazdy. Szarpie i miota ludźmi okropnie. Bez siedzącego miejsca byłoby kiepsko. Gdyby nie to koszmarne zimno! W dodatku co chwilę przystanki. Przez otwarte na przestrzał drzwi wdziera się lodowaty powiew i zmierzła wilgoć wciska się pod kurtkę i swetry, przenika całe ciało i obkleja kości. Rozklekotany, ciemny, brudny autobus napełnia chłód i woń przemoczonych, nieświeżych ubrań.To także należało przewidzieć, gdy chciało się uciekać z wielkiego miasta, by w ciszy i spokoju szukać odpoczynku.
To nie metropolia z czystymi, dobrze resorowanymi wozami, wiozącymi po asfalcie porządnie ubranych i na ogół domytych pasażerów. Tym żyje się tutaj ciężko i jeśli obchodzą ich wczasowicze, to tylko wtedy, gdy mogą na nich zarobić. Odczucia i wrażenia ludzi ze świata wszelkich udogodnień mogą ich tylko irytować. I poniekąd słusznie.

Właściwie nie jest tak źle. Gdyby tylko nie to zimno. Zgrabiałe ręce trudno wcisnąć do kieszeni kurtki. W dodatku cieknie z nosa, a chustki w kieszeni są całkiem przemoczone. Teraz tylko  przeziębienie potrzebne do szczęścia. To byłby dopiero odpoczynek!
Na przedostatnim przystanku w wozie jest  prawie pusto, ale zimno nie do wytrzymania. Szczęście, że jest już blisko. Śnieg zmienił się w gęsty deszcz i za szybami autobusu nic nie widać. Jednostajny szum przerywają tylko wybryzgujące co chwilę spod kół wielkie strugi wody.

Nareszcie koniec. Wcale to miło nie wygląda. Leje jak z cebra, ciemno, zimno jak cholera i te dwa kilometry w perspektywie. Widać kilka podupadłych willi. Najwyraźniej jesteśmy już za miastem i tu na pewno nie ma taksówek. Kto jak kto, ale kierowca będzie wszystko wiedział.
Niech to diabli! Trzeba było wysiąść przystanek wcześniej; dobrze, że chociaż można jechać z nim  z powrotem. Co on robi przy silniku tyle czasu – niechby chociaż drzwi zamknął! Czy jemu nie  zimno? Wreszcie! Piętnaście minut postoju! Im dalej w ten odpoczynek, tym gorzej…
Jeszcze kawałek do stacji – tam mają być taksówki. Ale  jednak po tym błocie… Nie widać żadnego postoju – przecież to niemożliwe… Na stacji będą na pewno wiedzieli.

Najgorsze, co może przydarzyć się w takiej sytuacji – tu naprawdę nie ma taksówek! Można wyjść na skrzyżowanie i czekać na okazję. Co za absurd!  Już chyba lepiej byłoby wsiąść do pociągu i wrócić.
Nie ma wyboru – trzeba jakoś te dwa kilometry ciężkiego dojścia… Niechby ktoś się pojawił i powiedział, którędy iść. Wreszcie! Tam, w górze. Nie wygląda to wcale tragicznie. Droga jest nawet oświetlona, tylko do niej dojść, a potem szybko do łóżka.

Przekleństwo z tym deszczem – golf  strasznie mokry, a buty całkiem przesiąkły. Z włosów cieknie po twarzy, kapie ze zmarzniętego nosa i do tego ta cholerna walizka! Samego pociągu było nadto, a tu najgorsze – szum i ucisk w tyle głowy nie wróżą nic dobrego; lekarz przestrzegał, by do tego nie dopuszczać.

Na diabła był ten cały wyjazd! Dom to dom, tam zawsze jest bezpiecznie, no i w mieście człowiek nigdy nie znajdzie się w takiej beznadziejnej sytuacji.
Jakie tu błoto – dobrze, że droga odsunięta jest trochę od nurtu rzeki tam w dole – zjechałoby się jak nic. Gdzie podziały się te światła? Nic nie widać. Chyba muszę iść dalej. Ależ ślisko – raczej to nie tędy. Trzeba wrócić i ruszyć w górę między tymi dwiema chałupami. Kiedy ja się wreszcie rozgrzeję… dlaczego tak mi zimno w plecy? Czyżby skóra przemiękła? Jak tu stromo! Co  zrobić z  walizką?

To jednak nie wydaje się tak daleko… Jakie to życie jest głupie – tak się urządzić! Może po prostu zejść… Nie, przecież jestem już prawie w połowie. Muszę odpocząć…
Może zostawić walizkę…  I co dalej? Wysłać kogoś (kogo?) po ten cholerny ciężar? A jeśli walizki już nie będzie, zostanę bez niczego!
O rany, ta góra czerwienieje… przecież śnieg jest biały… Jak gorąco, i to ja widzę na czerwono… co za bzdury… Rany, jak boli! Ten wielki bolący łeb!  Rany boskie –  nie mogę ruszyć walizki…  Za chwilę stracę przytomność – ludzie! Tam nikogo nie ma… Walizkę wystarczy pchnąć…
Teraz  odpocznę – obie głowy mnie bolą… Najważniejsze, że już jestem na wczasach…
Trzeba się podnieść… jakie mam mokre kolana… Tak głupio… przecież ja chcę… To niemożliwe… Jak wysoko… nic nie…

ABMOB (schemat)

Dziś wreszcie się udało. Schemat zbrodniczej sieci ma w zasadzie gotowy.  Tylko gdzie się udać z tym odkryciem?  A jeśli to oni za tym wszystkim stoją?

Miał pewność, że znalazł się na właściwej drodze i wszystko jest dobrze rozpracowane. Tylko jak poradzić sobie z taką ogromną robotą? Potrzebny byłby cały sztab reporterów, a nie chce dzielić się z nikim swoimi ustaleniami.

Stuprocentowej pewności też zresztą nie ma. Wtajemniczy szefów w sprawę, wezmą do jego wymarzonego materiału kilkunastu ludzi, a rzecz okaże się niewypałem… Nawet lepiej o tym nie myśleć!

We wszystkich lepszych redakcjach, nie tylko w tej, byłby spalony. Smród wlókłby się za nim dobre kilka lat, a w dziennikarstwie kariera nie czeka. A poza tym to przecież jego odkrycie!

Z uzyskanymi już rezultatami jest gotów. Rzecz musi kryć się w funkcjonowaniu linii łączących siedem dzielnic – reszta to tylko zamazujące istotę sprawy narośla. Wie już, co ma robić, musi tylko wynieść się od matki, żeby zapewnić sobie niezbędną swobodę. O kumplach też na jakiś czas może zapomnieć. Nikt mu nosa w nic nie będzie wtykał. Samo pokonywanie wszystkich tras rano i po południu, przy czym za każdym razem dwukrotnie, to nie byle jaka robota. Trzeba się dobrze natyrać, ale gra jest warta świeczki.. Takiego materiału dawno nikt nie miał. Dopiero im oczy wylezą!

Zacznie od przekątnych. Od razu uzyska pogląd na całość, bowiem za jednym wyjazdem będzie załatwiał dwa połączenia, za każdym razem zaczepiając też o centrum. Wszak jest tylko mieszczuchem, a swojskie śródmieście daje zawsze jakieś poczucie bezpieczeństwa.

Dzień, w którym zapoczątkował działania, był ładny i nie gorący. Rano nic ciekawego nie zaobserwował. Ponurzy kierowcy zaczynali kurs na pętli, gdzie autobusy szybko napełniały się oczekującymi. Zaspani ludzie wymieniali się i miesili  na całej trasie, a nieustannemu łomotowi blachy towarzyszyły przekleństwa i wybuchy agresji co bardziej wściekłych pasażerów.

Koniec trasy także nie zaznaczył  się niczym szczególnym. Oprócz niego wysiadły jeszcze dwie osoby. Kierowca nie zwracając na nich uwagi udał się do ekspedycji, gdzie zmęczona kobieta nie podniosła nawet na niego podpuchniętych oczu i wprawnym ruchem grzmotnęła pieczątką w kartę. Kierowca wycofał się do wozu, dolał wody do chłodnicy i nie patrząc na jedynego już pasażera zapalił papierosa. Po chwili wsiadło kilka osób, mężczyzna niespiesznie zajął miejsce w kabinie i wóz ruszył ponownie w trasę.

Reporter nie miał wątpliwości, że  jazda jest dla niego daremna, ale wiedział też,  że musi być nie tylko bystry, ale i cierpliwy. Na postoju w centrum wyczuł jednak, że coś się dzieje. Nie mógł wprawdzie niczego usłyszeć, ale widział ożywioną dyskusję wśród stojących kierowców i zauważył szybkie krążenie jakiegoś papierka.

Jego sytuacja była tyleż niewyraźna co dobra – otaczali go inni pasażerowie i miał pewność, że kierowca nie zwrócił jeszcze na niego uwagi. Wysiadł więc na pętli, z której  zaczynał – wolał nie kusić licha. Wiedział już, że zwrócił jednak na siebie uwagę. Przesiadł się do autobusu jakiejś linii bez znaczenia, gdzie między zapełniającymi wóz obcymi ludźmi mógł bez obawy notować swoje spostrzeżenia. Poranną jazdę miał już za sobą, a po południu będą  inni.

Na kolejnej pętli kierowca bez pardonu wyprosił go z wozu, obdarzając epitetem cwaniaka. Zmył się więc co prędzej i wszedł ponownie w większej grupie, aby mężczyzna go  nie zauważył. Chyba udało mu się do końca.

Materiału zdobył znacznie więcej, umocniła się też w nim pewność, że jest na właściwym tropie. To co dzieje się na liniach autobusowych  sprawia, że jest coraz gorzej, a jednocześnie – w miarę pogarszania się sytuacji – coraz mniej mówi się o sprawie. Roześmiał się tylko na myśl, że to jakaś szczególna mafijna struktura, ale raz pomyślane słowa zapadły w pamięć. (dopełnienie nastąpi we właściwym miejscu oraz czasie)

A siódmego dnia…

Szura leniwie kapciami po mieszkaniu, wreszcie z pełną świadomością sztuczności swoich poczynań opracowuje plan na cały dzień. Śniadanie – rzecz najbardziej oczywista. Ubrać się trzeba – może ktoś przyjdzie. A może by tak wyjść po śniadaniu?
Spacer? Idiotyzm! Więc w domu. Trzeba coś przeczytać. Wszystko przeczytane, gazety też przejrzane… Może coś w radiu…
Waczesne popołudnie zalewa słońcem pokój, fotel naprzeciw okna zaprasza do drzemki. Pod opuszczonymi powiekami jasnorudy brąz, wyżej złoto – roztopione, pulsujące… Pod prawą powieką chodzi jakiś ciemny punkt… Dlaczego pod prawą? Przyciśnięcie palcami powiek sprawia, że złoto blednie i na chwilę wszystko staje się niebieskozielone. Nudne to jednak i oczy zaczynają boleć, więc rezygnuje i opuszcza ręce.

Za dzielącą od świata przegrodą barw dźwięki. Różne. Ulicą przetaczają się samochody; jeden, drugi –  trudno określić, z której strony. Autobus, jeszcze jeden – chyba się mijają. Jakaś rozklekotana ciężarówka teraz. Nagle w uszy wwierca się  świdrujące „iii”. Huśtawka.

Ze też te bachory muszą tak wrzeszczeć. Teraz wrotki. O – pies się włączył. Dlaczego on zawsze tak histerycznie?…

Wreszcie chwila ciszy, tylko dobiegają skądś ciche dźwięki radia. Nawet ładnie grają… Słońce pali w twarz. Strasznie gorąco.

Może odpocząć – serce już przecież nie to. A może by tak kawa? Stolik pod oknem to jednak nie plaża, tylko dużo światła i miło. Podnosi się więc i zaczyna celebrować swój kawowy rytuał. Dokładne odmierzanie na łyżeczce cukru – zawsze od tego zaczyna – potem staranne dobijanie kawy w dozowniku, wreszcie woda. Nie taka tuż po zawrzeniu – potrzebna jej chwila odpoczynku. Filiżanka za to jest porządnie wygrzana.
Wszystkie zabiegi się kończą i po kilku minutach kawowy aromat zalewa pokój. Niestety, kawa też kończy się szybko, a stolik pod oknem trzeba opuścić – jednak zbyt gorąco. Ciężki łomot serca, pulsowanie w skroniach, pot oblewający całe ciało. I ten podstępny strach…

Nie ma złudzeń – nikt nie przyjdzie. Dzwonek wprawdzie jest okropny i alarmuje, jakby coś strasznego się stało i zawsze wtedy dostaje gwałtownego bicia serca, które podchodzi do gardła i wali jak oszalałe. Niechby jednak zadzwonił. Doskonale wie, że jeśli już, to na pewno będzie pomyłka. Ale jednak. Można byłoby odpowiedzieć komuś z przepraszającym uśmiechem – no to co, że nie widać – że to nie tu, albo: niestety, nie wiem. I ten żal… Dlaczego to nie ja jestem tym kimś, do którego ten jakiś ktoś…(dopełnienie nastąpi we właściwym miejscu oraz czasie )

W hipermarkecie

Wtorek – dzień jej zakupów. Nie lubi tego dnia. Wprawdzie do domu stąd blisko, a cięższe sprawunki przynosi ze sklepu we własnym bloku, ale nie lubi tego dnia. Nawet bardzo. Hipermarket jest  duży i doskonale zaopatrzony. Wszystko tu można znaleźć. I oczywiście wybrać. A należy wszak do tych, którzy muszą wybierać.  Bardzo starannie wybierać . Żeby starczyło na wszystko, a także do pierwszego. Odrazą napełnia ją liczenie, wyszukiwanie i żmudne zestawianie.  A wszystko po to, aby jak najtaniej  i jak najracjonalniej.

Boże, jak nienawidzi tego „racjonalnie”! Skąd biorą pieniądze ludzie, którzy nie muszą  podporządkowywać  się żadnym ograniczeniom? Skąd mają na zakupy w wydzielonych stoiskach tutaj, a także w drogich sklepach z delikatesami, gdzie bierze się to co się chce, a nie to co tańsze? Głupie pytania. Mają   –  to mają. Ich sprawa. Ona nie ma, więc musi myśleć o tym, co robi.

Jeśli uda jej się dociągnąć do pierwszego za tak niewielkie pieniądze jak w poprzednich dwóch miesiącach, znów kupi sobie jakiś drobiazg w antykwariacie na rogu. Mieszkanie ma wprawdzie bardzo skromne, ale to co już zdobyła, zmieniło zdecydowanie jego klimat. Teraz to jest j e j mieszkanie. Wprawdzie ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko nieudolne naśladownictwo czy też zaledwie żałosna namiastka czegoś-tam, dla niej jednak…

Czy to obraz przekazywany od jakiegoś czasu do mózgu sprowokował te rozmyślania,  czy też podświadomość, atakowana widokiem eleganckiej pani, niespiesznie przeglądającej zawartość regałów w pobliżu, skierowała myśli na obsesyjny temat?

Ach  –  co za różnica, tylko dlaczego taka kobieta sama robi zakupy w popularnym supermarkecie? Powinna to przecież robić gosposia  albo kierowca (może raczej służąca i szofer?) Krótko mówiąc: ”człowiek”, a nie „pani”.

Ile ma lat? Czort ją wie. No nie, nie jest młoda. Na jej wygląd i styl pracowały lata. Czy jest piękna? Trudno powiedzieć, ale niejedna chciałaby tak wyglądać.

A więc kobieta z klasą. To właśnie nazywa się dama. Włosy nie „od fryzjera” – najlepszy nawet z nich nie uzyskałby tej niedbałej, naturalnej elegancji.  Farba?  Pewnie tak, ale także nie do rozpoznania. Włosy są piękne – gęste, ciemnokasztanowe, przy załamaniach światła dające refleksy starego złota. A twarz! To przecież niemożliwe, aby mieć taką cerę, ona jednak ją ma, choć nawet śladu makijażu nie widać. Podejść by bliżej i przyjrzeć się tej doskonałości…(dopełnienie nastąpi we właściwym miejscu oraz czasie).

święto

Obudził się wreszcie. Niby te sny nie były takie przykre, właściwie  to nawet ich już nie pamięta, ale jakoś było dziwnie, więc lepiej, że się jednak obudził.

Oprzytomniał i uświadomił sobie, że to wyjątkowy dzień. Jedyny – taki, który nigdy się nie powtórzy.  Wstał. Zaczyna gorączkową codzienną krzątaninę, ale po chwili puka się w czoło – przecież nie musi iść do pracy.

Goli się bardzo starannie. Krytycznie ogląda twarz  pod światło i  jakby tego było mało bierze lusterko i podchodzi do okna. W ostrym świetle poranka odkrywa na brodzie maleńki pryszcz. Wraca do łazienki, dezynfekuje skórę, wyciska i po chwili zastanowienia dezynfekuje ponownie. Wszystko musi być porządnie.

Aha, jeszcze kąpiel. Nigdy rano nie pozwalał sobie na taki zbytek, ale dziś… Dziś to co innego. Zastanawia się, czy  nie umyć także głowy, ale w porę przypomina sobie, że jego włosy po umyciu sypią się na wszystkie strony, a to bardzo nieelegancko wygląda. Poza tym przez dwa dni nie  zdążyły się zbytnio zabrudzić. Zresztą ostatnio padało i w mieście nie było kurzu. Jeszcze raz ogląda się w lustrze. Dobrze, że niedawno był u fryzjera. Nos jednak budzi w nim uśpiony na co dzień niesmak. Właściwie nie tyle nos, co sterczące z nozdrzy czarne kępki. Z rozpaczliwą determinacją bierze pincetkę i zaczyna operację. Kiedy kończy oczy są pełne łez, a lewa powieka drga spazmatycznie. Siada na brzegu wanny i usiłuje się opanować. Wreszcie ból przycicha. Naciera lekko twarz i ręce kremem. Może się ubierać.

Idzie do pokoju, otwiera szafę i powoli przegląda ubrania. Nie jest zadowolony. Wzdychając i kręcąc głową wybiera w końcu rzadko noszony, niemodny już od dawna granatowy tenisowy garnitur, dwurzędowy w dodatku. Trudno. Z butami jest jeszcze gorzej. Ma ich wprawdzie kilka par, ale żadne nie nadają się na dzisiejszą okazję. Są wprawdzie jedne czarne, ale najstaranniejsze nawet wyczyszczenie nie jest w stanie ukryć pęknięcia prawego tuż nad jego nieszczęsnym halluxem. A nie doszłoby do tego, gdyby kupił wtedy mniej eleganckie, ale za to szersze. A teraz kłopot.

Kiedy bezmyślnie przestawia je z miejsca na miejsce, jak przez mgłę przypomina sobie, że na strychu są chyba jeszcze lakierki. Kupił je kiedyś na jakąś galę, na uroczystość nie poszedł, potem nie było żadnej okazji, aż wreszcie stały się zupełnym anachronizmem. Przekładano je z kąta w kąt – to jednak nowe pantofle i takie eleganckie… Wreszcie starannie zapakowane wylądowały na strychu. Może kiedyś… I rzeczywiście – dzisiaj jak znalazł. Trochę przyciasne, ale przyzwyczai się do nich w mieszkaniu i jakoś to będzie. A poskrzypywanie podkreśli tylko jego nieco staroświecką elegancję.

Przeglądając koszule zdziwił się, że nie ma żadnej białej. Od dawna już białych się nie nosi. Może na wielkie okazje, ale gdzie tam on…. Zdecydował się na tę w nikłe paseczki, którą dostał dawno temu na imieniny i nigdy chyba nie założył. Najmniej kłopotów miał z krawatem, chociaż nie był całkiem pewien swego wyboru. Zastanawiał się nawet nad muszką – miał dwie, a jakże – doszedł jednak do wniosku, że byłoby to zbyt pretensjonalne. Uważnie obejrzał spinki, ale od razu wiedział, że weźmie gładkie, srebrne, które rzadko nosił, bo odstraszały go swą surowością. Ciemne skarpetki na szczęście miał. Był gotów.(dopełnienie nastąpi w odpowiednim miejsc oraz czasie)

święto 2

Nie spojrzał na zegarek kiedy wstawał, ale musiało już upłynąć sporo czasu, bo żołądek przypominał o swoim istnieniu. Żachnął się niecierpliwie, po chwili jednak  uśmiechnął się. Zrobi sobie prawdziwe świąteczne śniadanie. Żadne tam byle co na stojąco w kuchni.

Wyciągnął z lodówki puszeczkę kawioru, sardynki, masło i cytrynę, po czym wyszedł i wziął spod drzwi koszyk z pieczywem. Teraz mógł zaparzyć kawę.

Starał się ustawić wszystko na stole tak, jakby sam dla siebie był najbardziej szacownym gościem. Wreszcie skończył i zasiadł do posiłku. Po jedzeniu sprzątnął i położył haftowaną serwetkę – z tych, które kładł gościom pod filiżanki. Usiadł i on nad swoją. Popatrzył na barek, zawahał się, wstał i nalał sobie koniaku. Trzymał go wprawdzie tylko dla lepszych gości – on raczej nie pił – ale dziś to co innego.

Gdy skończył, rozejrzał się uważnie po pokoju. Podszedł do biurka i po przewertowaniu zawartości jednej z szuflad wybrał kilka papierów, złożył starannie i schował do teczki.

Wyszedł z domu i dopiero teraz dotarło do niego, że dziś, jakby specjalnie na tę okazję, po kilku dniach niepogody ukazało się słońce. Te same sklepy, apteka, poczta, kioski, a miasto wygląda jakoś inaczej.

x           x          x

Z namaszczeniem kłania się spotykanym znajomym. Odpowiadają mu jakoś niepewnie, zatrzymują się i długo jeszcze patrzą za nim, ale jego to nie obchodzi. Powoli przemierza ulice w drodze do swego celu. Wstępuje jeszcze do banku i po trzech kwadransach wychodzi stamtąd jeszcze bardziej uroczysty.

Niecała godzina i jest na miejscu. Podnosi głowę i czyta napis nad wejściem, ale to już tylko dla porządku. Nieliczni przechodnie omijają go pospiesznie.

Wchodzi. W półmroku, wtopieni w tło stoją dwaj panowie. Biel ich koszul podkreśla czerń garniturów skrojonych tak nienagannie, że trudno dostrzec jakiekolwiek szczegóły. Godne uśmiechy, twarze pozbawione wieku, jak zawsze w szacownym, wielkim interesie. Wszystko przypomina, że mają być  nieskazitelni pod każdym względem i niezauważalni jak cienie. Wszystko dla klienta.

Witają go lekkimi ukłonami i uśmiechami, którym trudno byłoby coś zarzucić. Prowadzą do zaciemnionego gabinetu, rozświetlonego jedną tylko słabą lampą na niewielkim stole. Podsuwają fotel, sami stoją.

Podchodzi trzeci, równie wyprany z siebie jak oni. Najwyraźniej ich zwierzchnik, bo z szacunkiem, bezszelestnie usuwają się dalej. Jeszcze raz w imieniu firmy wita gościa. Podkreśla, że oczekiwali jego przybycia i wszystko zostało przygotowane. Pyta, czy ma już jakąś koncepcję i na jakie koszta jest przygotowany. Wpatruje się w klienta poważnie, z wielką uwagą, gotów zareagować na najlżejsze drgnienie jego twarzy.

Po chwili milczenia gość  stwierdza, że nie spodziewał się aż takiego powitania i tym bardziej jest mu miło. Co do kosztów… podjął wszystkie pieniądze, więc nie będzie żadnych problemów. Oszczędzać przy takim święcie nie będzie. Nie zdecydował się jeszcze… najbardziej odpowiadałaby mu chyba kryształowa ze złotymi okuciami. Oczywiście, jeśli firma dysponuje.

Urzędnik kiwa ze zrozumieniem głową. Spieszy uspokoić klienta, że wszelkie jego życzenia zostaną zaspokojone i dyskretnie, ściszonym głosem, zapytuje o ostatnie. Po krótkim wahaniu gość przecząco kręci głową.

Niewidoczne figury wynurzają się z cienia. Jeden z urzędników kładzie przed nim duży, biały formularz. Czarna, ozdobna ramka z liści nadaje arkuszowi uroczysty charakter i upodabnia nieco do dyplomu. Drugi podaje staroświeckie wieczne pióro ze złotą stalówką.

Zaczyna wypełniać. I choć przez kilkadziesiąt lat bazgrał zawsze tak, że niejednokrotnie trudno mu było potem siebie odczytać, teraz pisze powoli, starannie, niemal kaligraficznie.

Urzędnicy stoją opodal w pełnym uszanowania oczekiwaniu.

Zawsze coś można

Zarząd miasta musiał wreszcie coś postanowić. Ludzi przybywało w zastraszającym tempie. Ulice w godzinach szczytu przypominały mrowisko. źle było  z zaopatrzeniem, komunikacją, beznadziejnie z usługami…

Ukrywanie, że wszystko się rozprzęgło, było coraz trudniejsze. Miasto funkcjonowało już tylko siłą bezwładu. Tak wielki organizm to wszak nie instytucja, która pewnego dnia ogłasza upadłość, a prezes strzela sobie w łeb. A więc miasto ciągle trwało, choć z wszelkich punktów widzenia tudzież naukowych wyliczeń od lat już nie powinno  istnieć.

Jak kiedyś wieści o końcu świata, tak i tu prognozy odsuwały stale ostateczną katastrofę, gdy nie sprawdzały się kolejne terminy, ale wiadomo było, że coś wreszcie stać się musi.

Doświadczenie wskazywało, że rozwiązanie leży znacznie dalej niż przewidywania największych pesymistów, jako że człowiek ma zadziwiające zdolności do przystosowania – wskazywały jednak także, iż nie są to możliwości nieograniczone.

Warunki obniżały trochę przyrost naturalny, trudno było jednak  liczyć na to, że rozrodczość spadnie do pożądanego poziomu.  Ludzie w swej większości nawet w najcięższych warunkach zakładają rodziny. Tacy już  oni są i będą.

żeby choć nie te zadowolone z siebie półgłówki od medycyny. Ciągną do życia każdego zdechlaka i ich zawodowa bezmyślność doprowadziła do tego, że dwie trzecie  populacji stanowią starzy. Szlag by ich z tymi zdobyczami! Gdyby więcej zostawili naturze, nie męczylibyśmy się tak wszyscy. Oni także. Ale dla nich najważniejsze jest, aby powtarzano z podziwem, na jakim wysokim poziomie stoi medycyna i co też może dla człowieka zrobić.

Bytowanie stawało się dla mieszkańców coraz cięższe i w ludzkich wyrzekaniach było coraz więcej złości. Buntowali się nie bardzo wiedząc, przeciw komu i o co właściwie im chodzi – miasta jednak trzymali się jak przywiązani. Zgadzali się co do tego, że należałoby je opuścić,  ale oczywiście każdy myślał o tym, aby to inni się wynieśli.

Tak więc był już najwyższy czas, aby coś postanowić. Pomysł niedawno dokooptowanego do zarządu młodego człowieka o inteligentnych oczach za staroświeckimi okrągłymi okularkami wzbudził początkowo ostre sprzeciwy, a nawet niekłamane oburzenie.

Znacie powiedzenie o raz posianym ziarnie i podatnej glebie. Właśnie. No więc  coraz częściej panowie szeptali po kątach, coraz większe grupki dyskutowały o projekcie – że przecież wszystko odbędzie się niemal beznakładowo, bowiem rzecz nie wymaga  żadnych inwestycji. Prawie żadnych…

Musiało wreszcie dojść do otwartej rozmowy. Dyskusja na posiedzeniu zarządu była co się zowie burzliwa, tym bardziej że zebranie ściśle tajne i tylko dla niewielkiej grupy wtajemniczonych. Przeprowadzone po kilku godzinach głosowanie stanowiło już tylko formalność. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że w tej sytuacji rozwiązanie jest jedyne, choć może trochę… no, powiedzmy sobie – niekonwencjonalne.(dopełnienie nastąpi w odpowiednim miejscu oraz czasie)

Zawsze  coś można 2

W ciszy, która zapadła po odczytaniu wyników, odezwał się ktoś „w kwestii formalnej”. Skąd weźmie się pieniądze na etaty – wiele etatów dla służb komunalnych? Dyrektor konsorcjum pogrzebowego machnął tylko lekceważąco ręką. Biorą ten problem na siebie. Oni nie mogą zatrudnić tylu ludzi, ale mogą przecież przekazywać zarządowi pieniądze na pensje, więc nie ma sprawy. Ktoś tam jeszcze miał wątpliwości, czy aby nie wywoła się niekorzystnych reperkusji, bo to prasa, społeczeństwo – wiadomo, rzecz nie będzie popularna… Może wybuchnąć otwarty bunt, znowu może dojść do głosu terroryzm.

Milczący do tej pory wiceprezydent pospieszył uspokoić szanownego przedmówcę. Zebranie zostało dobrze zabezpieczone przed możliwością przecieków, a co do nowych pracowników służb komunalnych… Będą się przecież często zmieniali, a pensje dostaną tak wysokie, aby podpisując zobowiązanie o bezwarunkowym zachowaniu tajemnicy wiedzieli, że praca jest opłacalna i nie mieli żadnych pokus.

X           X               X

Od piętnastego rozpoczęły się przyjęcia. Najwięcej szans mieli młodzi, wysportowani mężczyźni, chociaż zdrowe, silne kobiety też brano po uwagę. Chętnych zgłosiło się bardzo wielu. Zarobki były nie do pogardzenia, a wymagań – poza dobrą kondycją , no i tym zobowiązaniem – żadnych. Właściwie było jedno, ale niezbyt rygorystycznie przestrzegane. Najchętniej widziano samotnych oraz takich, którzy w ankiecie deklarowali znikomą liczbę przyjaciół czy bliższych znajomych. Trochę to wyglądało dziwnie, ale kto by się przejmował byle czym. Płacą – mają prawo wymagać.

Jeszcze tylko po zamknięciu list przeprowadzono selekcję  oraz dodatkowy test na zdolność do trzymania języka za zębami i ludzie poszli na przeszkolenia.

X            X                   X

Któregoś wieczoru w radiu podano zarządzenie obostrzające sankcje za jazdę bez biletu. Szczegóły sformułowano tak mętnie, że nikt nie mógł ich zrozumieć. Obywatele naprawdę pojęli tylko jedno: kary będą surowe, a ich wymiar uzależniony od osoby winnego, przy czym kryteria ocen w żaden sposób nie dały się rozgryźć.

Poczuli się zagrożeni. Wiedzieli wprawdzie, że w tych warunkach przepisów  nie złamią, lecz gdzieś na dnie owego twardego przekonania czaiła się równie doskwierająca obawa.

Rano, gdy miasto spieszyło do pracy, wiele kiosków sprzedających bilety straszyło kłódkami zamkniętych na głucho okienek. Przed nielicznymi czynnymi  tworzył się długie kolejki, z których – gdy przychodził ich autobus – ubywali co bardziej niecierpliwi.

Tego dnia większość ludzi jechała do pracy na gapę i wszyscy solidarnie wypatrywali, czy nie pojawi się kontroler. Jechali ze strachem i mocnym postanowieniem, że po południu zakupią większą ilość biletów, aby nie przeżywać więcej koszmaru poranka.

Czytane jak zwykle w pracy popołudniówki doniosły o nowych rozporządzeniach władz miejskich:  większość kiosków z biletami zostanie zlikwidowana – nierentowność i problemy  z etatami. Pozostałe sprzedawać będą tylko po dwa bilety na osobę, a to z powodu jakichś przejściowych trudności.. Zarząd wyraził na łamach prasy nadzieję, iż obywatele zechcą – tak jak czynili to niejednokrotnie – zrozumieć ciężką sytuację przeludnionego miasta. Powiedziano też – tym razem wprost i jednoznacznie – o możliwości wyjazdu. Każdy zainteresowany może z niej skorzystać. Tego jednak nadal nikt nie brał po uwagę. Wszyscy mieli nadzieję, że bilety zawsze jakoś zdobędą, a zresztą nawet najdłuższe przejściowe trudności da się jakoś przetrwać.

Kupienie biletu okazało się trudniejsze niż ktokolwiek mógł przewidzieć, a wieści na temat kar obrosły w tak przerażające szczegóły, że ludzie dla uniknięcia represji gotowi byli na wszystko. Chociaż solidarność  w narodzie utrzymywała się – nawet jakby okrzepła, dojazdy wyglądały różnie. Kontrolerzy byli ludźmi młodymi i sprawnymi, toteż ucieczka nie miała większych szans powodzenia. Mimo pomocy i wzajemnych ostrzeżeń wypadki się zdarzały – i to często.  Ludzie w panice wyskakiwali z pędzących wozów  i nie trzeba chyba mówić,, czym to się zazwyczaj kończyło.

Czasem także kontrolerzy padali  ofiarami tych pogoni. Cóż – taka służba. Następnego dnia na zwolnione miejsce zgłaszało się kilku chętnych.. Władze nie miały z obsadą żadnych kłopotów.

W mieście zrobiło się jakoś nieprzyjemnie. Wypadki mnożyły  się w zastraszającym tempie, do tego rozpanoszyło się dziwaczne chuligaństwo. Tak przynajmniej określała je prasa, lecz zdenerwowani ludzie wzruszali ramionami i głośno komentowali indolencję władz w zwalczaniu narastającego bandytyzmu.

Nikt nie mógł zrozumieć, o co chodzi tym terrorystom. Oto w ruchliwych, zatłoczonych punktach ulic kilka razy dziennie,  bez najmniejszego powodu powstawało zamieszanie, tłum falował, rozłamywał się i kilka – albo i więcej ! – osób wypadało na jezdnię…  Zawsze w momentach dużego ruchu.  Czasem sprawiedliwość boska  ingerowała i pod koła rozpędzonych samochodów wpadali również bandyci, ale dla biednych ludzi stanowiło to nader nikłe pocieszenie. I – jak zawsze w takich przypadkach – nigdzie w pobliżu policjanta!
Trzeba jednak władzom przyznać wyjątkowo sprawne usuwanie z ulic pokrzywdzonych, a także fakt, że rodziny nie tylko nie miały najmniejszych kłopotów z pogrzebami, ale też bez żadnych biurokratycznych korowodów dostawały natychmiast wysokie odszkodowania i zasiłki.Co bardziej cyniczni wdzięczni byli otwarcie swym drogim zmarłym.
Jednak było niefajnie. Z tego wszystkiego ludzie głupieli coraz bardziej. No bo jak to inaczej określić: czerwone światło, pędzą samochody, a jacyś idioci lezą na środek jak gęsi. Wiecie, jak to z ludźmi jest. Tłum stojący na skrzyżowaniu zawsze się spieszy i wystarczy paru niecierpliwych, aby reszta bezmyślnie ruszyła za nimi. Pisk opon, krzyk, histeria. Na miejsce tych, którym nie udało się uskoczyć spod kół, zjawiali się następni – głupców wszak nigdy nie brakuje. Dlaczego to otumanienie dotknęło młodych i zdawałoby się sprawnych, to już było zupełnie nie do pojęcia.
Co ta cywilizacja z ludźmi wyprawia! Nie dość, że mają tak niewielkie wyrobienie społeczne – przecież gdyby chcieli, sami daliby radę narastającemu chuligaństwu – to
jeszcze sobie życie utrudniają. Dobrze, że chociaż konsorcjum pogrzebowe pracuje tak sprawnie, a i lekarzom jakby skrzydła u ramion wyrosły.

Aby być sprawiedliwym należy zauważyć, że władze nieco lepiej radzą sobie z sytuacją w mieście. Bardzo powoli wprawdzie, ale jednak zaczęło się poprawiać. A że nie potrafią zmniejszyć ilości wypadków i ukrócić chuligaństwa oraz bandytyzmu – to trudno. Nie można wymagać za wiele. Ogólnie jednak jest lepiej.

Znów to samo

Broni się całym swoim bezwładem. Balansuje ciężko na czymś wypychającym ją do góry i usiłuje zapaść  na powrót w wygodne, miękkie podłoże spokoju. Ale to jest nieubłagane i coraz brutalniej  pcha ją w niewielki otwór, o wiele za mały dla bezwolnego, zmęczonego ciała, przytrzymywanego przez ciężkie, nisko zwisające nogi. Wreszcie staje się jednym wielkim bólem i przez szarpiącą ostrymi występami krawędź wylatuje na powierzchnię. Ból cichnie, a raczej milknie przenikliwy dźwięk, który ją obudził.

Otwiera oczy. Z trudem uświadamia sobie, że spała i coś musiało jej się śnic, a teraz we własnym mieszkaniu nadal leży  na swoim tapczanie. Dzwonek do drzwi cichnie na moment, by po chwili znów alarmować przeraźliwym dźwiękiem. A  więc to jest to. Serce zaczyna jej bić gwałtownie. Wstaje i podchodzi do zegarka. No tak, nic dziwnego – ten pierwszy, ciężki sen. Piętnaście po dwunastej. Wkłada szlafrok, trzęsącymi się rękami rozplątuje pasek i wygładza przyklejone do bawełny piżamy poły. W gardle jej zasycha, szum w uszach zagłusza myśli. Na drżących nogach idzie do przedpokoju i nie zapalając światła odsuwa klapkę wizjera.
Przed drzwiami stoi mężczyzna. Światło pada na niego z tyłu, trudno więc obejrzeć jego twarz. Jest raczej młody – jakieś trzydzieści parę. Widać krótko wymodelowane wąsy.
Z pewnością go nie zna. Z przerażeniem stwierdza, że jest dość potężny i sprawia wrażenie silnego. Przez chwilę, patrząc na pochylenie mężczyzny nad wizjerem ma nadzieję, że po prostu po pijanemu pomyliły mu się domy. Ale nie – krótkie włosy są starannie przyczesane, a rozchylenie koszuli wyraźnie wystudiowane. Niebieski welwet wygląda raczej na modną kurteczkę niż na marynarkę.

Opuszcza klapkę. Dzwonek odzywa się znów – teraz już nieco zniecierpliwiony. Uświadamia sobie, że w zaskoczeniu nie pomyślała, by podejść do drzwi po cichu i teraz musi się odezwać. A jeśli to zrobi, powiadomi tego człowieka, że stoi po drugiej stronie i że jest sama. Znów przygląda mu się, powstrzymując oddech. Dzwonek brzęczy coraz natarczywiej. W skołatanej głowie rodzi się pytanie, czy instalacja może się przepalić. Właściwie modli się o to – dźwięk jest już nie do zniesienia. Jeszcze raz odsłania wizjer. Nie, na pewno nie zna tego człowieka. Widzi, jak jego ręka znów się podnosi. Czy wie, że jest obserwowany?

Przypomina jej się, jak niepewne są drzwi. Uświadamia sobie  beznadziejność swojej sytuacji. Cisza w całym bloku,  ona nie ma nawet telefonu i stoi teraz za tymi tekturowymi drzwiami zdana na łaskę jakiegoś typa. A jeśli będzie chciał je wyważyć?
Przecież nikt mu w tym nie przeszkodzi.
Nagle zalewa ją fala gorąca. Nie pamięta, czy wieczorem przekręciła klucz w zamku! Tak często zdarza się jej zapomnieć. Wyobraźnia kładzie rękę mężczyzny na klamce…

Kiedy znów odzywa się rozzłoszczony do ostateczności dzwonek, słyszy jednocześnie z oddali swój głos. Spokojny, wyrazisty, tylko jakiś taki stary. To co mówi zaskakuje ją zupełnie, bo nie przypomina sobie, aby pomyślała którekolwiek z tych obcych, głupawo brzmiących słów. „Proszę iść do siebie do domu i przestać wreszcie tu dzwonić”.

Czuje upokarzający wstyd i najchętniej powiedziałaby coś mądrzejszego, ale dzwonek nagle milknie i po chwili słychać oddalające się kroki. Mężczyzna jest w drewniakach i kamienna posadzka roznosi echo po całym piętrze.

Raptowna słabość przechyla ją na futrynę. Wie jednak, że nie odejdzie od drzwi, dopóki nie będzie miała pewności, że zjechał na dół. Z końca korytarza dobiega krótka wymiana zdań. A więc jest ich dwóch! (dopełnienie nastąpi we właściwym miejscu oraz czasie)

Znów to samo 2

Kolejna fala strachu. Znowu wstrzymuje oddech. Trzaśnięcie drzwi i szum windy w szybie upewnia ją, że zjechali. W lewym nadgarstku czuje pełznące powoli do łokcia i obejmujące całą rękę gorąco i drętwienie.  Przyciska ją prawą do tułowia i wydaje jej się, że tak jest nieco lepiej, choć  teraz już cała lewa strona staje się sztywna i obca. Stoi jeszcze chwilę dysząc ciężko.

Na dole ponownie trzaskają drzwi. Idzie do pokoju i staje w oknie. Musi ich obejrzeć. Wyjście z bloku jest dobrze oświetlone – może to jej coś wyjaśni.

Na pobliskim postoju taksówek w pewnym oddaleniu od siebie stoją dwa wozy. Przy drugim, dużym kremowożółtym, kierowcy skracają sobie jak mogą nudę nocnego dyżuru.
Wreszcie widać nieproszonych gości. Odruchowo cofa się w głąb pokoju, ale szybko uprzytamnia sobie, że z dołu, w czerni okna nie są w stanie jej zobaczyć. Wychyla się nieco i ogląda ich uważnie.
Z dziesiątego piętra nie tak łatwo coś dojrzeć, ale jest absolutnie pewna, że ani tego który dzwonił, ani drugiego, niższego, w krótkim płaszczyku, nie zna. Upewnia się też, że nie są pijani. Idą powoli, rozmawiając półgłosem. Gdyby nie drewniaki może mogłaby coś z tego zrozumieć.

Podchodzą do drugiego samochodu. Do obu samochodów wsiadają także kierowcy i wtedy zaskoczona widzi, że to nie taksówka .Wóz odjeżdża szybko. Nogi uginają się pod nią. A więc było ich czterech!    Przecież nie zna tych ludzi – mogłaby przysiąc. A skoro tak, to  tylko zwyczajna pomyłka. Dlaczego tak się denerwuje? Mimo głosu rozsądku stoi jeszcze parę minut w oknie. Kładzie się dopiero, gdy na prowadzącej do centrum ulicy panuje całkowity spokój.

Gwałtowny skurcz pęcherz zmusza ją do wstania. Przez chwilę patrzy na siebie w jasno oświetlonym lustrze łazienki. Szara twarz, wpadnięte, obwiedzione czarnofioletowymi kręgami oczy. Strach już ustąpił, lecz serce nadal łomocze ciężko. Stara się myśleć rzeczowo: po prostu pomyłka – nie najprzyjemniejsza wprawdzie, ale tylko pomyłka  – więc powinna się uspokoić. Musi jak najszybciej zasnąć, bo rano trzeba iść do pracy.

W ciemności szuka sposobu oswojenia przykrego wydarzenia; zlekceważyć je tak, jak na to zasługuje. Wreszcie próbuje przypomnieć sobie, co jej się śniło. Wciąż ma uczucie, że było to coś przyjemnego.

Rano zdumiewa ją nocne przerażenie. Przypomina sobie opowiadania o przeżyciach i reakcjach ludzi prowadzonych na śmierć. Kto jak kto, ale ona na pewno nie dożyłaby momentu egzekucji.
W pracy i potem, zaganiana, nie myśli już o całej sprawie. Po obejrzeniu programu w telewizji, gdy zgasiła już światło, przypomniała jej się ubiegła noc. Wzruszyła ramionami i owinęła się szczelnie kołdrą.

Szamotanina zmęczonego ciała trwa tylko przez chwilę. Kiedy już przytomna zaczyna nasłuchiwać, wie, że to nie sen. Dwunasta trzydzieści. Tym razem strach udaje się szybko opanować. Przynajmniej tak jej się wydaje. Ze złością nakłada szlafrok.

Ta sama twarz w wizjerze. Nie czeka długo. Ma wprawdzie świadomość, że to zupełnie bez sensu, ale z pasją wykrzykuje do drzwi: „Melina pijacka to nie tu, proszę się nie awanturować”.

Tak samo jak wczoraj kroki oddalają się niezwłocznie. I znów krótki dialog z tym przy windzie. Idzie do okna. Tamci dwaj, chyba nawet tak samo ubrani jak poprzednio, stoją przy tym samym luksusowym wozie. Cała czwórka wsiada i samochód rusza pospiesznie do centrum, a ona stoi jeszcze chwilę przy oknie i zastanawia się, dlaczego nie próbowała odczytać jego numerów.

Zmęczona i oklapła nagle kładzie się wreszcie. Dochodzi pierwsza. Długo nie może zasnąć, ale tym razem to ze złości. Ta zdrętwiała ręka to też ze złości, a nie żaden tam strach. Czego  właściwie miałaby się bać?

W dzień trochę dręczy ją ta sprawa i zastanawia się, czy nie zwrócić się do policji, dochodzi jednak do wniosku, że nie miałoby to najmniejszego sensu. Uśmieliby się tylko za jej plecami. Wysłuchają uprzejmie, a gdy odwróci oczy  będą wymieniać porozumiewawcze spojrzenia. No tak, samotna, starzejąca się, szurnięta baba. Obiecają pomoc, rozważą oczywiście sprawę jakiegoś obstawienia domu; zapytają z pewnym ożywieniem, czy nie odczytała przypadkiem numerów. Śmieszne – w nocy i z takiej wysokości!

„Więc nie zna ich pani? Szkoda. Jest pani pewna, że to nikt z pani znajomych? Może jednak ktoś robi pani taki głupi kawał? Niech się pani dobrze zastanowi”. W końcu dobrotliwie ale stanowczo pozbędą się jej.

Gdy wszystko rozważa, słyszy niemal te słowa i widzi nad sobą znudzone twarze. Jest pewna – na policję nie pójdzie. A poza  tym nic się właściwie nie stało. No i raptem dwa razy – z czym więc w ogóle chodzić. Nawet głupio tak byle czym zawracać głowę. Pomyślą naprawdę, że jest stuknięta.

Wieczorem idzie do kina. Oczywiście na amerykański ckliwy film. Zawsze wprawiało ją to w dobry nastrój. Tym razem też. Te wille, stroje, muzyka… I taka piękna miłość. Filmowa!

Na ulicy wyobraża sobie, że jest tak samo młoda i piękna jak bohaterka filmu; stara się naśladować jej gesty i chód, a w domu bierze sobie do kąpieli książkę – żeby było jak w filmie. Szybko jednak nudzi ją to,  zdecydowanie kończy kąpiel i przenosi się na tapczan.

X             X              X

Dźwięk dzwonka budzi ją natychmiast. Przytomna  jakby wcale nie spała zrywa się i podbiega do okna.  Jest samochód i ci dwaj, rozmawiający jakby nigdy nic. Ona stoi na środku pokoju i przekonuje siebie półgłosem: „Tylko spokojnie, tylko spokojnie, nie dać się, za wszelką cenę nie dać się”.

Znów twarz w wizjerze. Nie czeka na nic i mówi natychmiast: „Proszę mnie zostawić w spokoju, co to za zabawa.” Intruz odchodzi, a ona  nie patrzy już z okna. W ciszy nocy słychać wyraźnie, jak zatrzaskują się drzwi samochodu i wóz rusza z piskiem opon.

Serce znów łomocze ciężko i wydaje się jej, że ze wszystkich stron jest ściśnięte, że mu za ciasno. Po kilku minutach cała lewa strona jest ciężka i sztywna. Ręka staje się ogniskiem rozsadzającego bólu, więc przyciska ją mocno do tułowia i perswaduje sobie cierpliwie, że nie może tak się rozsypywać z byle powodu. Nie wie, co to może być –  ostatnie ekg niczego przecież nie wykazało. Niemożliwe, aby w ciągi niecałych dwóch miesięcy… Niemożliwe!

Wymyśla sobie od histeryczek i starych wariatek. „Weź się w garść, idiotko, przecież już pojechali. Oni cię nie znają – ty ich, więc na pewno znudzi się im ta zabawa. Swoją drogą – co to za przyjemność? No cóż, do trzech razy sztuka. Więcej pewnie nie przyjadą. No a jeśli?… Jeżeli  przyjadą jeszcze raz, to pójdzie na policję. Trudno! Ale to już na pewno ostatni raz.”

Na lewym ramieniu zaciskają się kleszcze, klucie w sercu jest nie do wytrzymania. Kładzie się na lewym boku, wpycha do ust róg poduszki. Liczy sekundy, potem minuty – to musi się przecież kiedyś skończyć! Rzeczywiście, chyba po godzinie ból tępieje, potem ustępuje całkowicie, pozostawiając tylko odrętwienie lewej strony.

Jest wykończona. Zmęczenie kołysze ją, unosi do góry klatkę piersiową i zawiesza gdzieś wysoko, wbitą lewą stroną w ciemność, a zwisające gdzieś nisko nogi usiłują ją rozerwać. Kołaczącymi w resztkach świadomości słowami modli się, by choć na chwilę zelżało to potworne napięcie; żeby mogła opaść. Uniesiona do góry lewa ręka pęka przy nadgarstku na kilka zwisających jak łupiny banana części, które powoli wyginają się do ramienia. Gdy czuje, że już nie wytrzyma, opierają się końcami w jego połowie i zmieniają w palącą, zaciskającą się coraz mocniej obręcz. Spada.

Rano budzi się obolała, rozbita i zrezygnowana. W pracy pytają współczująco, dlaczego tak źle wygląda. Zgodnie z prawdą mówi, że miała bardzo ciężką noc. Kiwają ze zrozumieniem głowami. Ciśnienie ostatnio jest zupełnie zwariowane i wszystkim daje się we znaki.

Znów ogarniają ją wątpliwości. Co do pójścia na policję. Wygląda przecież okropnie. Mogą ją po prostu wysłać do lekarza i dać do zrozumienia, żeby nie zawracała im głowy. Ale dziś tamci nie przyjadą. A jeśli – wtedy już będzie musiała iść. Weźmie coś na uspokojenie, doprowadzi się jakoś do porządku i pójdzie. Będzie musiała ich przekonać i nie dać się spławić.

Wieczorem program telewizyjny ogląda  prawie do końca, aż zaczynają  jej  się kleić oczy. Uspokaja się. Nie, nie przyjadą. Zasypia niemal natychmiast.

Dzwonek stawia ją na nogi jak alarm, a po lewej stronie rozlewa się fala dobrze znanego bólu. Nie wie już,  czy ten strach to z powodu dzwonka, czy bólu. Nie idzie do drzwi. Spróbuje po prostu przetrzymać. Po pięciu minutach nie wytrzymuje. Nie zdaje sobie sprawy z tego co mówi, w pewnej chwili uświadamia sobie tylko, że płacze. Kroki oddalają się.

Wlecze się do pokoju i nieswoimi rękami usiłuje naciągnąć kołdrę. Jutro będzie musiała… Serce ma coraz mniej miejsca, wpycha się do gardła i usiłuje przepchnąć do ręki… jest za cienka – nie wytrzyma! W pulsujący w piersi kamień wbija się olbrzymia szpila. Serce nie poddaje się i unosi coraz wyżej, ciągnąc za sobą jakiś niesamowity ciężar. Rzuca się, słyszy  krzyk. Widzi jeszcze, jak sufit rozłamuje się bezszelestnie i ogromna masa zjeżdża na nią.

Kiedy po kilku dniach zaniepokojeni sąsiedzi zaalarmowali policję, przyszedł komisarz P. z dwoma funkcjonariuszami i po przesłuchaniu ludzi, którzy słyszeli ostatnio z tego mieszkania jakieś krzyki, polecił wyważyć drzwi.

Zobaczyli ją leżącą dziwnie w skopanej pościeli. Prawą dłoń miała kurczowo zaciśniętą, lewą rękę nienaturalnie wepchniętą po tułów. Wysadzone z orbit oczy patrzyły w niemym przerażeniu z wiszącej nad podłogą głowy.

„Znów to samo. Założę się, że ta też nie ma karty u kardiologa.” Zmęczony komisarz z trudem panuje nad irytacją.